3/18/2015

Smutasy i mazgaje

Bojkotuję walentynki. Cały arsenał lukrowo różowych dupereli przestał mnie bawić i zachwycać mniej więcej w drugiej klasie podstawówki, kiedy dostałam ostatni w swoim życiu walentynkowy prezent od ówczesnej przyjaciółki - serduszkową ramkę na zdjęcie o mikroskopijnym rozmiarze (wtedy też przestały mnie bawić wszelkie kontakty towarzyskie, wychodzenie z domu bez konieczności oraz inne oznaki względnej żywotności...). Mój sprzeciw temu komercyjnemu, tak zwanemu świętu, absolutnie nie jest żadnym manifestem nieszczęśliwej wielbicielki kotów, maniaczki spożywania nutelli chochlą od zupy, czy fanki oglądania Bridget Jones w towarzystwie wiadra rozpuszczających się lodów o najsłodszych smakach świata. Zwyczajnie nie wiem, dlaczego mam celebrować dzień smutnie przypominający o tym, że większość sparowanych ludzi potrzebuje szczególnej daty, wyjątkowego bodźca, żeby wskrzesić między sobą jakiekolwiek uczucia, zmusić się do standardowego wyjścia do kina, albo, brzydko mówiąc (pardon), nagłego zastąpienia majciochów w różowe misie na te bardziej fikuśne- czarne, a może nawet i perwersyjnie czerwone.

W tym roku moja walentynkowa niechęć nabrała jeszcze większego kalibru. Przez chwilę, krótką i płochliwą chwilę, zamierzałam dołączyć do przyjaciółki i w ramach względnej rozrywki pójść do kina w mojej rodzinnej mieścinie na "50 twarzy Greya". Szczęśliwie, w porę się opamiętałam i nie wsparłam finansowo fenomenalnej kobiety, która, nie umiejąc pisać, napisała książkę (doprawdy, w moim pojmowaniu świata, taki cud może się mierzyć jedynie z niepokalanym poczęciem). Oczywiście, film pewno wkrótce obejrzę, jeśli nie ze zwyczajnej ciekawości, to dla samej wartości poznawczej i bycia na czasie. Grey poszedł w chwilowe zapomnienie, a zamiast niego, na przekór wszystkim rozszalałym kobietom i ich partnerom w srebrnych krawatach, wybrałam "Kebab i horoskop", długometrażowy debiut Grzegorza Jaroszuka. W zamyśle słodko-gorzką odtrutkę na wszystkie serduszka, kwiatuszki, różyczki i inne choroby, z naciskiem na te zawdzięczane podobno niejakiej Wenerze.

Krótko mówiąc, a właściwie krótko pisząc, "Kebab i horoskop" to zaledwie 72-minutowa opowieść o ludziach, którym w życiu się nie wiedzie. "Kebab" (jak zawsze ślamazarny i tłustowłosy Bartłomiej Topa) rzuca swoją zacną pracę w tureckiej jadłodajni pod wpływem ślepej wiary w horoskopy- pisane przez redaktora mającego wątpliwą przyjemność stołowania się właśnie w tym lokalu (Piotr Żurawski). Między mężczyznami dochodzi do konfrontacji. Obaj, pozbawieni pracy i zrezygnowani, decydują się wcielić w specjalistów od marketingu i zarabiając w ten sposób, wskrzesić jeden z zapomnianych sklepów z dywanami. Dogłębnie poznają zahukanych pracowników, dzielą się z nimi swoimi natchnionymi pomysłami i przeprowadzają rzekomo zbawienne warsztaty.

uwaga, rebus- pierwsze trzy osoby, które w komentarzu podadzą prawidłowe rozwiązanie zagadki, otrzymają unikalny kupon do realizacji absolutnie niczego (chciałam nagrodzić 10 osób, ale obawiam się, że aż tyle nie czyta tego bloga)

Gdyby spojrzeć na całą historię bez cienia choćby najmniejszej refleksji, całość przedstawia się jako sympatyczna, łatwa w odbiorze komedia. Nieraz wyjątkowo śmieszna, nieraz nieco słabsza w swoich żartach. Potwierdzeniem zdecydowanie mogą być reakcje widzów w sali- miałam wrażenie, że jedna rodzina, która okupowała miejsca obok mnie, zdawała się być uosobieniem puent wszystkich historyjek z "Chwili dla ciebie". Śmiechom nie było końca, powtarzali sobie kolejne kwestie, łapali się za brzuchy i co rusz wybuchali rubasznym chichotem doprowadzającym mnie do konwulsji. Mimo to, towarzyszący mi od urodzenia sceptycyzm i towarzyszące pewnie od samego życia płodowego ponuractwo, kierowały mnie do tego, żeby wszystko odbierać nieco inaczej. Owszem, "Kebab" obfituje w absurdalne, pachnące czeskim humorem sceny, tylko jeśliby rozłożyć je na czynniki pierwsze, pod każdą z nich kryje się wyjątkowo szara i smutna podszewka. Początkowo zabawni bohaterowie, w miarę poznawania, odkrywają swoją niemoc, zawieszenie w beznadziei i dezorientację co do życiowych dróg, którymi potencjalnie mogliby dokądś powoli dreptać.

Przede wszystkim, pracowników sklepu optymizmu i sukcesu uczą dwaj faceci z przypadku. Tak naprawdę żaden na niczym się nie zna, obaj nic szczególnego nie osiągnęli i chwilowo specjalizują się w ulepszaniu życia innych, bo sami nie mają lepszego pomysłu na siebie, a to się przecież aktualnie sprzedaje. Co ważne, mimo że udzielają wsparcia totalnie zieloni w coachingu, marketingu i innych ingach, ich rady mają nieoczekiwanie pozytywny skutek. Znużeni życiem sprzedawcy łykają prawie wszystko i choć są zmuszani do niedorzecznych ćwiczeń, nie protestują, wierząc, że a nóż coś im pomoże w pokonaniu życiowej stagnacji. Przestraszeni potencjalnym klientem, milczący, wycofani, schowani gdzieś między puchatym dywanem, a chodnikiem do przedpokoju. Tworzący całe drugie dno pozornej komedii, wyjaśniający, skąd wśród etykietek filmu pojawia się dramat.

Na czele tej osobliwej gromadki stoi kierownik (rewelacyjny Andrzej Zieliński), ponury, siwiejący facet w średnim wieku, z rodzaju tych, którzy zapinają swoją koszulkę polo na ostatni guzik. Szef, doskonale świadomy braku jakichkolwiek klientów, próbuje maskować niepowodzenia - jest dobrze, ale może być jeszcze lepiej. Do przesady delikatny, boi się nawet wspomnieć o finansowych stratach swojego magazynu. Nikogo nie chce urazić, nikomu nie chce sprawić przykrości, a kiedy nie wie, co ma ze sobą zrobić, spędza popołudnia na wysokim dachu budynku i obserwuje absolutne nic- reklamy, anteny telewizyjne, przewody elektryczne i niebo o szaroniebieskim, lodowatym odcieniu. Sam nie do końca radzi sobie z cieplejszymi uczuciami, zimny i szary, jakby bał się czegokolwiek, co mogłoby go nieco skruszyć. Hobbystycznie podnosi ciężarki, a przy obiedzie swoim monotonnym głosem kłóci się z żoną o imiona dla złotych rybek. John, George, Ringo, Paul. A może Paul, George, Ringo, John. Jak gdyby nie miał żadnych innych tematów do rozmów i utkwił w tym przerażająco smutnym momencie życia, kiedy z najbliższą osobą można już tylko prowadzić spory o najdrobniejsze i najmniej istotne rzeczy.

luźne skojarzenia
A gdyby nie to, przy stole panowałaby przeszywająca cisza. Cisza, której w filmie nie brakuje. Nie obfituje w żadne przebojowe soundtracki, a skupia się na napięciu między tymi, którzy zadają pytania, a tymi, którzy nie są w stanie na nie odpowiadać. Chwilami można odnieść wrażenie, że wręcz słyszy się zakłopotanie bohaterów, obserwuje się ich usta próbujące powiedzieć choć słowo i w niepokoju czeka się na choć jedno pełne zdanie.

Zaraz za kierownikiem, w sklepie panoszy się kasjerka (Barbara Kurzaj), porządnie zwichrowana podstarzała paniusia przeżywająca drugą młodość. Zakochana w internecie, oczarowana wszystkimi mediami, próbująca przemiany w długowłosą hippiskę. Kobieta przenosząca swoje życie do wirtualnego świata do tego stopnia, że gotowa gościć przyjaciela z internetu- Azjatę, który przyjechał do Polski, żeby popełnić samobójstwo. To także niezrozumiana artystka, istota stworzona do najwyższych celów, rozmiłowana w orientalnej kuchni, egzotycznej muzyce, a gdy trzeba, nawet i w samym marketingu. Uduchowiona i przekomiczna w swym odtrącaniu wszystkich nie spełniających jej wewnętrznych wymagań.

Za nią chowa się młoda stażystka (Justyna Wasilewska), dziewczę o dużych, niewinnych lalkowatych oczach i chudych nóżkach w balerinkach. Cichutkie, spokojne i przypominające popiskującą od czasu do czasu myszkę. Dziewczyna z przymusu gości w swoim mieszkaniu matkę- zwariowaną i płaczliwą neurotyczkę żyjącą wizją rychłego znalezienia sobie nowego męża. Początkującą sprzedawczynię dywanów ma na oku równie młody chłopak, nieszczególnie udany elektryk (Tomasz Schuchardt), postać, która całkowicie rozkruszyła mi serce. Jego życie poznajemy głównie ze scen łóżkowych. I, uwaga, nie mam tu na myśli żadnego seksu, czułych przytulań, ani chociaż buziaków na dobranoc (może jednak było trzeba iść na Greya…?). Niegdyś zapalonemu fanowi piłki nożnej, żona co noc czyta kolejny rozdział z książek o futbolu. Pozwala wybrać tom, dość umiejętnie udaje, że się tym interesuje, a na urodziny córeczki piecze tort w kształcie piłki i żartuje, że może kiedyś mała zacznie grać w jakiejś drużynie. Aranżuje rozmowy o sporcie, włącza mecze i zdaje się robić wszystko, żeby jak najbardziej dogodzić swojemu małżonkowi. Zapatrzona, bez granic zakochana, spotyka się z tym, co w "Kebabie" wszechobecne- z pustką. Rozmowy się nie kleją, cisza zaczyna ciążyć, a wszystkie próby przekazania sobie odrobiny ciepła, kończą się fiaskiem i improwizowanymi gadkami szmatkami.



Ostatnim pracownikiem sklepu jest "Kortazar" (przegenialny Janusz Michałowski), zamiatający podłogi stary zbereźnik, który osładza sobie starcze życie w dosłowny sposób- lubuje się we wszystkim, co połączone z kilkoma łyżkami cukru. Dodatkowo, lubi snuć odważne fantazje i jest wyjątkowo oporny na złote rady świeżo upieczonych speców od marketingu.

I tyle można o samym filmie napisać. Chwalony jako kondensujący humor rodem z Monty Pythona, zgrabnie przemyca obraz ciążącej nicości. Problemów w prowadzeniu zwykłych, codziennych small talków, prób poszukiwań własnej tożsamości, rozpadu relacji między najbliższymi ludźmi. Nie brakuje tu żartów, a i sama zaśmiałam się nie raz (choć śmiechy jednak miały koniec...). Zabawnie jest to wszystko obserwować z boku, gorzej, gdy złapie się na tym, że przecież właśnie tak przez większość czasu wygląda nasze życie. Patologiczne kontakty, ucieczki w swój własny świat- wirtualny i odosobniony, strach przed najprostszymi czynnościami, pracą, szukaniem sobie miejsca. "Kebab" zamienia ten pierwszy, radosny chichot w cichy i dość żałosny jęk kogoś, kto zdał sobie sprawę, że sam, częściej lub rzadziej, egzystuje wśród masy puchatych dywanów, a mimo to czuje, że coś go uwiera i nieprzyjemnie szczypie.

Nie widziałam jeszcze polskiego filmu o tak udanej konwencji. Broń Boże nie jest to żadna slapstikowa komedyjka, ani dramat, przy którego oglądaniu ma się jedynie ochotę na splądrowanie apteki w celu wykupienia wszystkich żyletek. Jaroszuk zostawił widza z obrazem do zinterpretowania na dowolny sposób. Można dobrze się bawić lub zdjąć na chwilę różowe okulary i odnaleźć znaczenie wszystkim zimnych filmowych tonów.

Nie ma tu nachalności, morałów i pomnikowych zdań. Całość w swoich zaledwie siedemdziesięciu minutach kojarzy mi się z ładną, zgrabną przypowiastką. Taką do połknięcia na raz, a pozostawiającą po sobie dobitny, słodko-gorzki smak.

Podsumowując:
Pustka: kebab bez mięsa/ 10
Humor: kebab z KFC/ 10
Herbata: czarna siekiera, bo nie pijam kawy, zdaje się, że angielska, a Anglicy zabijają herbatą- 2/10


...


Ludzie, kochani... coście tacy smutni?
Przecie jedziecie do pracy!



0 komentarzy:

Prześlij komentarz