Beatlesi
przez bardzo długi czas specjalizowali się w lekkich, łatwych i przyjemnych piosenkach o dziewczynach, które
chcieli nieustannie trzymać za rękę, pisywać im pełne czułości listy czy
szeptać words of love przy każdej
możliwej okazji. Czterej wymuskani chłopcy w starannie dobranych garniturach
zdawali się nie mieć nic do czynienia z istotami różnymi od tych modnie
uczesanych, uśmiechniętych i doskonale przyozdobionych wzorzystymi,
rozkloszowanymi sukienkami. Wszystko zaczęło się pomału zmieniać pod koniec
1965 roku, gdy nieco zmęczeni nagrywaniem około-pythonowskiej komedii
"Help!", wrócili do studia, żeby dokończyć "Rubber Soul",
pierwszy album z piosenkami, których gorzkość zdołała przewyższyć cukierkową
słodycz i młodzieńczą naiwność. Dość nagle i niespodziewanie przełamali
wszystkie utarte konwencje, żeby zaskoczyć czymś zupełnie innym- cięższym,
mniej oczywistym, zapowiadającym absolutnie nowe muzyczne ścieżki.
Jednym
z najmniej lukrowanych utworów albumu jest "Girl", melancholijna,
przepełniona smutkiem i otępiającą tęsknotą opowieść. Historia, w której główne
skrzypce grała dziewczyna, egocentryczna, wymagająca poświęcania jej całej
uwagi i bezgranicznej troski. Dominująca, manipulująca uczuciami, do przesady dumna
i niedostępna- when you say she's looking
good, she acts as if it's understood. Wyrachowana
i nieprzyjemnie lodowata, całkowicie nie pasowała do poprzednich bohaterek spod
pióra duetu Lennon/ McCartney.
Dlaczego
o niej wspominam i dlaczego znowu zaczynam swoją quasi-recenzję zupełnie
dziwnym nawiązaniem? Kiedy w środku przeszarzałej, wilgotnej listopadowej nocy
wyszłam z kina po "Gone Girl" Davida Finchera, jedyne co
nieprzerwanie chodziło mi po głowie, to smętny refren "ah, girl!"... I zdaje się, że moje skojarzenia nie były
zupełnie bezpodstawne- piosenkę z filmem łączy całkiem sporo, a i główny
bohater, Nick Dunne (Ben Affleck), w którymś momencie mógłby usiąść na ławce
pod opuszczonym domem i zaśpiewać smutno razem ze mną. Wplątany w szalony,
toksyczny związek z Amy (Rosamund Pike) , która puts you down when friends are there.
Szalenie
trudno jest nakreślić fabułę "Gone Girl", żeby przypadkowo nie zepsuć
całego oglądania tym, którzy jeszcze jej nie widzieli (a zdecydowanie powinni
zrobić to jak najszybciej!). Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tak
zaskakującym i nieprzewidywalnym filmem, który, dosłownie i bez żadnej
przesady, bawi się z widzem. Potrafi przez długi czas delikatnie głaskać po
głowie i wręcz utulać, żeby za chwilę porządnie uderzyć w najczulsze miejsca,
przerazić, zaniepokoić i poddać wszystko w wątpliwość. Przez ponad dwie godziny
niesamowicie trzyma w napięciu i nie zapomina, żeby co jakiś czas znowu
dodatkowo bodźcować, nieprzyjemnie podszczypywać gdzieś z tyłu kinowego fotela.
Jeśli nie niespodziewanym zwrotem akcji, to ambientową, dziwnie spokojną
muzyką, czy ujęciami w przygaszonych, zimnych tonacjach.
Przede
wszystkim, Fincher w mistrzowski sposób naszkicował sylwetki głównych
bohaterów. Subtelnie i niespiesznie odsłaniał ich słabe strony, stronił od
wyraźnego, teatralnego zaznaczania charakterów, a wszystkie wyroki i osądy
pozostawił widzowi- tylko on ostatecznie może ocenić relacje między małżonkami
i bronić jednej ze stron zgodnie ze swoimi przekonaniami. Reżyser pozostawia
otwarte zakończenie, takie, które potęguje zmieszanie i niepokój, zostawia z
wwiercającą się głęboko w umysł myślą- co
dalej? Myślą, która towarzyszy mi od prawie pół roku i raz na jakiś czas
nagle powraca przy wtórze rozżalonego głosu Lennona.
Fincher
zdołał również w delikatny, zakamuflowany sposób zamanipulować odbiorcą filmu i
tym samym, w niektórych momentach dosadnie dać mu pstryczka w nos. Zupełnie
odwaca postrzeganie postaci i całej zawikłanej sprawy, do fabuły dokleja
momenty pozostawiające widza w absolutnej konsternacji i bezradności- to kto w końcu jest dobry, a kto zły? W
trakcie całej zawiłej akcji moje odczucia zdawały się zmieniać i mieszać jak w
kalejdoskopie. Od sympatii i chęci przytulenia po nienawiść i niesamowitą,
trudną do opanowania wściekłość. Napisy końcowe pozostawiają z silną chęcią do dyskusji,
walki (nawet i na pięści) o racje dla bohatera, z którym się sympatyzuje.
Myślę, że ciekawe byłoby urządzenie po seansie debaty, choć pewnie większość, podobnie
jak i ja, nie byłaby w stanie wydusić z siebie choć jednego składnego zdania, a
raczej wolałaby w ciszy i spokoju przemyśleć wszystko od początku do końca
jeszcze raz.
Prosta,
jak mogłoby się zdawać, historia ciągnie za sobą wiele pobocznych wątków.
Spójnych, nie rozpraszających, a skłaniających do długich przemyśleń po seansie
i dyskusji z kinowymi współtowarzyszami.
Jednym z najważniejszych pobocznych
aspektów "Gone Girl" jest zgubny wpływ medialnego szumu. O czym
trzeba wspomnieć, zaginiona Amy była powszechnie znaną osobą- jej rodzice,
inspirując się pozynianami ukochanej, rozpieszczanej córki, przenieśli jej losy
do serii książek dla dzieci. W związku z tym, całe Stany Zjednoczone włączyły
się do poszukiwań, a wśród intensywnego newsfeedu nie brakowało zapłakanych
przyjaciółek, rozszalałych, psychotycznych sąsiadek i wszystkich ludzi, którzy
zwyczajnie chcieli dorzucić swoje trzy
grosze. Odprawiano błagalne msze, spotykano się na nocnych czuwaniach i
konferencjach prasowych z ogromem żądnych rewelacji dziennikarzy. Mąż Amy
zdawał się być w tym wszystkim nieobecny, prawdopodobnie kompletnie skołowany
całą sytuacją, pogonią za niekochaną żoną i udziałem we wszystkich pokazowych szopkach urządzanych przez jej rodziców, z którymi nie miał
najlepszych relacji. Zwykły facet błyskawicznie zyskał medialną popularnosć w
absolutnie niepożądanych okolicznościach. Zagubiony, sparaliżowany
wszechobecnymi kamerami, narażony na wyciąganie wszystkich brudów z jego prywatnego życia, pozbawiony jakiegokolwiek miejsca
do ucieczki. Nagle wszyscy zaczęli analizować każde jego zdanie, prześwietlać
domniemane fałszywe uśmiechy i
podważać nieskazitelność, by w końcu wydać niczym nieuzasadniony wyrok- on zabił Amazing Amy.
"Gone
Girl" daleko do moralizatorstwa, kolejny raz wszystkie wnioski można
wyciągnąć tylko samemu. Fincher nie wyolbrzymia mediów do tego stopnia jak np.
robił to serial "Black Mirror", ale pozostawia otwarte pole do
rozmyślań. Nie ocenia, a pokazuje z jaką łatwością można ocenić chwilowego celebrytę, ile wylać na niego
jadu i jak daleko posunąć się we wszystkich bezpodstawnych osądach- od
instagramowego zdjęcia dojść do oskarżeń o największą ze zbrodni.
"Gone
Girl" niesamowicie trafnie (i
zarazem boleśnie, bo aż tak prawdziwie...) pokazuje to, jak może wyglądać
postawa kobiety w obliczu rozpadającego się związku. Relacji, która nie
spełniła jej oczekiwań, za szybko straciła całą bajkowość i zaczęła od
niej zbyt wiele wymagać. Wymagać zwyczajności i bycia odczarowaną panią
domu w futrzanych kapciach, poniżająco babrzącą
się z brudnymi naczyniami czy innymi przyziemnymi czynnościami. Amy nie
poradziła sobie z utratą swojej cudowności,
a upadek na ziemię okazał się zbyt drastyczny i bolesny, uwłaczający,
poniżający. W miarę trwania małżeństwa, wciąż szukała pierwszych symptomów
naiwnego i niczym nieskażonego zakochania, pierwszych uniesień i słów, które
tylko słyszane po raz pierwszy zawsze brzmią wyjątkowo. Kiedy czar prysł, a
małżonek nagle (taaa) okazał się
leniwym i mało interesującym okupantem
kanapy, postanowiła jak najbardziej go upokorzyć i we wszystkie możliwe
sposoby (hm, dosłownie wszystkie...)
zmusić, by wszystko było jak dawniej.
Szalenie,
po trupach, w amoku. Bez minuty zastanowienia, czy jakikolwiek związek z
przymusu, pozbawiony choćby najmniejszego marginesu wolności, może być udanym i
szczęśliwym. Te wszystkie miłosne gry,
chowanie się pod napuszoną dumą, założenie, że całą relację ma trzymać w ryzach
silny mężczyzna, czy to wszystko naprawdę ma jakikolwiek sens...? Czy warto
trzymać go przy sobie na siłę,
uwiązać ciasnym sznurkiem i raz na jakiś czas łaskawie wypuścić na spacer na odpowiednio krótkiej smyczy? Moim
zdaniem absolutnie nie, ale dokoła siebie widzę mnóstwo kobiet uprawiających
takie praktyki. (ale może ja się nie
znam, jesli kobieta może być męskim szowinistą, to ja prawdopodobnie nim
jestem...)
Szalenie
podobała mi się kreacja Bena Afflecka, co prawda nieco zbyt umięśnionego jak na
leniwego dziennikarza, ale świetnego
w roli zwykłego faceta z sąsiedztwa,
zagubionego, nieraz wkurzonego, chcącego uciec gdzieś na piwo i odreagować cały
ten bajzel dookoła. Zdziwił mnie zaś Neil
Patrick Harris jako psychopata, choć bardzo się starałam, nie potrafię chyba skojarzyć
jego twarzy z kimś innym niż Barney z "How I Met Your Mother" czy Dr.
Horrible.
Być
może kiedyś sięgnę po książkę, na podstawie której osnuto całą opowieść, ale na
razie ciągle jestem pod gorzkim urokiem filmu i choć minęło naprawdę sporo
czasu, "Gone Girl" nieustannie chodzi mi po głowie, dorzuca coraz to
nowe pytania i zostawia je bez jasnych odpowiedzi.
Podsumowując:
Szczęście
Bena Afflecka: mógł jednak nie znaleźć
Amy / 10
Klimat: don't fear the reaper/10
Niepokój:
Fincher / 10
Herbata:
z wrażenia wystygła, wstrzymuję się od oceny
Did she understand it when they said
That a man must break his back to earn
His day of leisure?

0 komentarzy:
Prześlij komentarz